Komiks : DELIRE A THARSYSKomiksy, plakaty, grafiki - www.PanBogaczyk.pl

     Powieść DELIRIUM W THARSYS, pisana w Polsce podczas ogłoszonego tam kiedyś Stanu Wojennego, była ostrym paszkwilem na lewy, prawy czy innej maści totalitaryzm. Ten wątek w naszej opowieści traktujemy jako element marginalny, raczej folklorystyczny.

 

     W warstwie Science Fiction sytuacja przedstawiała się następująco:

     Z ziemskiej cywilizacji zostały strzępy w postaci osamotnionych potężnie ufortyfikowanych Enklaw, które jeszcze bronią się przeciw dość dziwnej kosmicznej inwazji. Czym ta inwazja jest obrońcy raczej nie rozumieją.

     Enklawy to takie Miasta-Państwa. Akcja rozpoczyna się w Enklawie Tharsys (Tharsys to było miasto, do którego uciekał biblijny Jonasz, ale po drodze połknął go wieloryb). 

     W permanentnym Stanie Oblężenia wiedza obrońców o świecie zewnętrznym ogranicza się do szczątkowych informacji o najbliższych broniących się miastach. Podobno przetrwała Enklawa Tabor i trzyma się Urocznia Megalitu.

     Obywatele Tharsys posiadają różne stopnie wtajemniczenia. Niektórzy wiedzą, że poza systemem obronnym Enklawy, jakimś cudem przetrwały mobilne ludzkie grupy. Podobno te plemiona Nomadów nawet się rozmnażają. Tymczasem społeczeństwo Enklawy Tharsys się starzeje, a jej przyrost naturalny odpowiada zjawiskom nękającym Europę początku XXI wieku.

     Zarządzaniem Enklawy Tharsys zajmuje się System Informatyczny (to coś jakby pewne funkcje współczesnego internetu obdarzyć mocą stanowienia prawa).

     Trzon głównych bohaterów powieści wywodzi się z oddziału Armii Endogenicznej broniącej Tharsys przed Inwazją. Nazwa „endogeniczna” sugeruje, że to wojsko prowadzi wojnę „wewnętrzną” nie „zewnętrzną” i raczej przypomina policję.

     Tyle Ziemia.

 

     W czasie gdy rozpoczęła się Inwazja, kontakt z Ziemią utraciły nieliczne kolonie-bazy stanowiące odskocznię do penetracji Układu Słonecznego.

     Najwyżej rozwiniętą bazę na Księżycu stać było na samodzielność. Z przyczyn niejasnych (ale istotnych dla fabuły), Inwazja pominęła z natury martwe truchło Księżyca. 

     Zważywszy, że od momentu rozpoczęcia Inwazji, do punktu, w którym toczy się akcja powieści, minęło umownie kilkaset lat, można uznać, że rozwój tego odłamu ludzkiej cywilizacji przyjął kierunek bardziej odpowiadający potrzebom własnym, niż dogorywającej Ziemi.

     Brak danych, w jakim stopniu populację tej kolonii stanowią potomkowie dawnych kolonistów, gdyż o jej dynamice demograficznej decyduje tak naprawdę Klinika Mechaneurystyczna, produkująca (jak kto woli - hodująca) tak zwane Megaloxanthy, istoty nieco bardziej nadające się do życia w kosmosie niż może to zapewnić ubogi kod genetyczny wyniesiony z Ziemi.

     Megaloxantha to autentyczna nazwa pancernego, bardzo bojowego żuczka. W DELIRIUM W THARSYS jago imiennicy to może jeszcze ludzie, chociaż w kosmicznej przestrzeni potrafią rozwijać się w formę o wręcz eterycznych skrzydłach, a w niezbyt przyjaznych atmosferach planet ich ciało zasklepia zdecydowanie nowocześniejszy od chitynowego pancerz. Poza tym sprawiają wrażenie jakby ich umysły były trwale sprzężone z Kliniką-Matką.

     Kliniką Mechaneurystyczną zarządza odpowiednik Systemu Informatycznego z Enklawy Tharsys. Czy jednak po kilkuset latach rozwój tych dwóch systemów pozostał paralelny? Tu rodzą się pytania.

     Można przyjąć, że System Kliniki Mechaneurystycznej - która produkuje, hoduje, a może rodzi - posiadł, jak na Selenę przystało, trochę żeńską osobowość. W obiegowej terminologii używa się wobec Megaloxanth dość dziwnego zestawu określeń - dzieci Seleny, jej komandosi, a nawet - kochankowie. W obiegowych opiniach zawsze jest szczypta prawdy.

 

     Akcja naszej opowieści rozpoczyna się w momencie, kiedy Klinika Mechaneurystyczna wysyła na Ziemię oddział tych komandosów. Jest ich dokładnie tylu, żeby zaspokoić rachunek prawdopodobieństwa, z którego jasno wynika, że przez to, co dzieje się w samej atmosferze Ziemi zdoła się przebić i dotrzeć do celu tylko jeden.

     W sztabie Armii Endogenicznej od początku rodzą się wątpliwości. Jeśli Selena chce pomóc Ziemi, to miło z jej strony. Ale jeden!?

     Tym jednym jest Megaloxantha o imieniu Jonas Hebrejczyk. To główny bohater powieści DELIRIUM W THARSYS. Ma swoją misję i wypełni ją, jak każdy mesjasz, choćby miał skończyć na krzyżu albo podzielić los Joanny D’Arc.

     Uznaliśmy, że bohaterem komiksu nie może być prorok, którego nawiedziła Idea - choćby wielka i piękna. Bohater komiksu to ktoś, z kim można się utożsamić, a przynajmniej polubić - jeśli nie pokochać. Dlatego wprowadziliśmy postać, której w powieści w ogóle nie było i to jest pierwszoplanowy bohater komiksu.

     Sztab Armii Endogenicznej, tak samo jak System Informatyczny (o ile jest mu do czegoś potrzebna świadomość) zdają sobie sprawę kim jest Megaloxantha. Z jednej strony - może to jeszcze człowiek, z drugiej - w warunkach ziemskich ta istota, jeśli zechce, będzie nieuchwytna i na pewno nie da się jej założyć „kagańca”. O ile jednak współpraca z Seleną, wydaje się konieczna, o tyle brak kontroli nad jej wysłannikiem taki oczywisty już nie jest. Rozwiązaniem nie będzie wszczepienie mu „pluskwy”. Przy jego samokontroli wydaje się to mało prawdopodobne. Ale, jeżeli już trzeba działać wspólnie, to Megaloxantha musi zgodzić się na towarzysza z Enklawy.

 

     Z pewnych fabularnych przesłanek można wywnioskować, że Enklawa Tharsys od dawna nie jest w stanie bronić się własnymi siłami. Zwyczajnie brak jej armatniego mięsa. Trzon Armii Endogenicznej, tak naprawdę stanowią wyłącznie najemnicy dyskretnie werbowani spośród Nomadów. Są oni trochę dzicy (co nie znaczy technologicznie zacofani). Zresztą, jeśli tam - na tej potwornej powierzchni, dają sobie radę z Inwazją, to muszą coś potrafić. I potrafią!

Obyczajowość i cały koloryt plemienia Nomadów, o którym mowa, są wprost wzorowane na kulturze Masajów, z okresu ich świetności. Imię ich wodza - Maconde, to również imię ostatniego wielkiego wodza Masajów.

     Z tego też plemienia pochodzi główna bohaterka naszego komiksu. Endito A’Push (co, nie przypadkowo, po masajsku znaczy: Endito - nieobrzezana, A’Push - taki amok, z utratą świadomości, w tańcu albo w walce) jest kilkunastoletnią dziewczynką. Dla plemienia to jednostka trochę wybrakowana, gdyż jest Masajką-albinoską.

Zestawienie jej postaci z tym, czym jest Megaloxantha, może być nieco frywolne ale świadomie nawiązujemy, nie tyle do PIĘKNEJ I BESTII, co do LOLITY Nabokova. I tak rzecz ma się rozgrywać.

     Nietuzinkowe zdolności Endito mogą jednak nie wystarczyć na Megaloxanthę. W laboratoriach Tharsys zostaje więc nieco podrasowana. Między innymi jej zmysły są uwrażliwione na jego feromony. Choćby zapadł się pod ziemię - ona go znajdzie.

Projektodawcy tego usprawnienia mogli uznać, że płeć to reliktowa cecha naszych organizmów i raczej nie zdawali sobie sprawy, że takie uwrażliwienie może pociągnąć za sobą nieprzewidziane komplikacje.

 

     Ale jak to ma się do głównej linii fabularnej DELIRIUM W THARSYS?

     Krok po kroku podążamy za Megaloxanthą, ale - za jej pośrednictwem. Uczestniczymy w jego przygodach, w heroicznej wyprawie z Tharsys do Uroczni Megalitu i dużo dalej. I jeśli mamy ochotę - proszę bardzo, wolno nam przejmować się jego rozterkami. Ale nie to jest najważniejsze.

     Główną linią fabularną DELIRIUM W THARSYS jest życie tej dziewczyny. Wcale nie u boku opętanego swoim posłannictwem proroka. Ona jest najważniejsza.

     Jonas Hebrejczyk próbuje kiedyś przemówić do rozumu obrońcom Tharsys:

     – Wiecie, co to Ewolucja? O tak. Mozolne dopasowywanie genów, tasowanie, włączanie pewnych sekwencji przez środowisko albo ich odrzucanie… I tak mijają lata. Miliardy lat. Trzy kroki w przód, dwa wstecz. I znowu milion lat… A wyobraźcie sobie, że cała historia Ziemi to taki film. Od pierwszej ameby w praoceanie. Poczucie czasu to rzecz względna. Straszliwie długi i nudny film… Co? Więc puśćmy go w przyspieszonym tempie! I jak?! Cóż widzimy… Ewolucja? Nie! To Wojna! Wściekła wojna! Największa z wojen świata! Tarcza i miecz! Oko i kieł! Czmychnąć lub dopaść, zabić i zeżreć! Oni to?! No to my im!

     – Wymyśliliście Inwazję. Jakoś to trzeba było przełknąć. Trudno pogodzić się z myślą, że osiadłeś na mieliźnie. Że wypadłeś z głównego nurtu. Pycha Homo Sapiens! Jestem tak wielki, że został ostatni przeciwnik… kosmos! Nikomu do głowy nie przyszło, że raz jeszcze przyjdzie zetrzeć się… Z czym? Z pleśnią! Jest tysiąc razy dzielniejsza od waszej technologii… Tylko musiała podjąć właściwą strategię… Trochę szybciej puścić ten film! I jak się wam podoba teraz? Wasza wojna, to rozpaczliwa wojna z Ewolucją!

     Megaloxantha może mieć swoją, i to nie jedną, wojnę. Endito A’Push nie obchodzi kosmos i ewolucja. Jej życie, to też wojna. Od początku do końca. Ta mała wojna nagle zaczyna być Wielka, gdy staje się wojną o Miłość. Z góry skazaną na porażkę.

     I tak i nie.

     Fabuła komiksu bezwzględnie nie przewiduje jednoznaczności. A więc: ta mała wojna zaczyna być Wielka, gdyż w tym świecie tylko wojna o Miłość może być zwycięska.

     Taka była powieść i taki będzie komiks DELIRIUM W THARSYS. Ale jak streścić coś, co jednocześnie jest tak oraz inaczej?

 

     Spróbujmy!

     Na wstępie, żeby nie komplikować sprawy, napisaliśmy, że Tharsys to takie Miasto-Państwo. To może sugerować, że znajduje się na powierzchni ziemi. Niestety, poczciwa powierzchnia ziemi w tym świecie przetrwała w legendach. Właśnie mamy schyłek Epoki IUM. IUM to skrót od Industrialno-Urbanistyczny Masyw. Ten Masyw w minionych wiekach pokrył całkowicie Ziemię, wypełnił do końca jej biosferę. Z wiatrów w atmosferze zostały może przeciągi w tunelach i korytarzach. Pływy oceanów i wszelkie zjawiska geotermalne to zwyczajna aktywność maszynowni pod tą skorupą. Nasza technologiczna cywilizacja uwiła sobie piękne gniazdko, a raczej to, co przypomina rafę koralową, a jeszcze lepiej - kokos.  Jak się w tym żyło ludziom? Cudownie! Jak Marii Antoninie, kiedy tym głodnym za murami Luwru proponowała ciasteczka.

     No właśnie. Tam z Bastylii została garść kamieni - tutaj stan doskonałej równowagi legł w gruzach za sprawą Inwazji. Obywatele ocalałych Enklaw upierają się, że to agresja z Kosmosu. Może mają rację. Z perspektywy Seleny rzecz wygląda trochę inaczej i dlatego Jonas Hebrejczyk, jako Megaloxantha, może twierdzić, że w tak przekonstruowanej biosferze Ziemi po prostu wściekła się Ewolucja. Może ma rację.

     Kiedy więc mówimy, że jacyś Nomadzi wędrują po powierzchni ziemi, to oczywiście znaczy, że snują się po dachu tego świata.

     Teraz rzecz najważniejsza, żeby dopełnić scenografię:

     Otóż wyszliśmy z założenia, że wszelka aktywność intelektualna i emocjonalna człowieka to nie abstrakcja, lecz zwyczajna chemia, fizyka, informatyka. Co z tym począć, jeżeli mamy trzymać się zasady, że „w przyrodzie nic nie ginie”? Człowiek pierwotny, kierując się instynktem, doszedł do wniosku, że poza głową, brzuchem i tym co służy do siadania, posiada jeszcze Ducha. My mamy wiele szacunku dla instynktów. Instynkt jest jak lekka kawaleria, która zdecydowanie wyprzedza piechotę z artylerią i inne wspomagania rozumu.

     Dlatego też w naszej bajce suma indywidualnych Dusz w skali globalnej przekłada się na otaczającą nasz glob Duchosferę. To część składowa tej samej układanki, co litosfera, atmosfera, magnetosfera itd. Czy jest ona konsekwencją Duchowej aktywności miliardów ludzkich istnień, które rodziły się i umierały, kochały i nienawidziły, burzyły stare i tworzyły nowe idee? Myśl i emocja - jak stopa - też zostawia jakiś ślad. Może tak. 

     Ale równie dobrze może być odwrotnie. Dla współczesnych uczonych jest oczywiste, że dla rozwoju organizmów biologicznych niezbędna jest biosfera.

     Ale w naszej opowieści ktoś będzie przekonany, że również świadomość nie narodzi się na żadnym globie, jeżeli nie otacza go Sfera Ducha. I jeśli we wszechświecie szukamy innych rozumnych ras, to odkrycie najwspanialszej planety nadającej się do życia nic nie znaczy. Po prostu - źle szukamy. Bo szukamy tego, co rozumiemy. 

     Obraz tego świata do świadomości czytelnika przenikał będzie bardzo dyskretnie. W ogromnym stopniu dzięki grafice. Żadnych intelektualnych dyskusji. Może na drugim planie Jonas Hebrejczyk spróbuje się wymądrzyć (jak my tu), ale jego towarzysze z całą pewnością oglądali filmy akcji, jakich nam współczesny show biznes jeszcze nie nakręcił.

     Dla zakotwiczenia opowieści posłuży zresztą jej pierwsza część, opisująca tragiczną obronę Tharsys, które jest systematycznie zgniatane - nie tylko przez siły zewnętrze. Heroizm tej bitwy przypomina oblężenie Troi. Ale głównym jego/jej zadaniem jest „wyjście na pozycję” Jonasa Hebrejczyka i wyprowadzenie na pierwszy plan Endito A’Pusch. Również ich towarzyszy. Mają się przesiąść z papieru do głowy czytelnika w takim stopniu, żeby miał łzy w oczach, kiedy ktoś zginie. Jak my, w dzieciństwie, kiedy umierał Portos. Śmierć bohatera to nie zbicie pionka na szachownicy.

 

     W tym miejscu pomińmy jednak wszystko, co dotyczy bitwy o Tharsys. Przygody Jonasa Hebrejczyka mogą być takie albo inne. I zawsze - czasem z bólem - można je wymienić. Z wyjątkiem tych bezpośrednio prowadzących do finału.

     Na przykład: w pewnym zdarzeniu Jonas Hebrejczyk, jeszcze w Enklawie Tharsys, dowiaduje się, że - być może - z jego desantu ocalał jeszcze jeden Megaloxantha. Tropy prowadzą do bardzo dziwnego miejsca, jakim jest Urocznia Megalitu. Lecz dotarcie tam jest praktycznie niemożliwe.

     Tymczasem Tharsys dogorywa. Siłą rzeczy oddziały Armii Endogenicznej spychane są do środka miasta. A tam - no cóż, niewielu obywateli posiadało stopnie wtajemniczenia pozwalające rozumieć prawdziwe mechanizmy funkcjonowania enklawy, a na pewno nie szeregowi żołnierze. Najbardziej dynamiczny oddział, jaki zgrupował się przy boku Jonasa oraz Endito, dociera - jak się wydaje - w samo centrum. Cicho. Pusto. Kurz i pajęczyny. W pomieszczeniu, podobnym do potężnej dyspozytorni, główne miejsce zajmuje coś przypominające sarkofag. Przypominające, bo nie ma z tym nic wspólnego, chociaż w środku tkwi trup wdzięcznie rozsypujący się w proch. 

     W jaki sposób odkryją to, co odkryją - z tym będzie niezła zabawa, ale to też przygoda, więc teraz to nieistotne.

 

     W snach o minionej potędze wyższych oficerów Armii, pewne miejsce zajmuje legenda, że dawno temu, w epoce rozkwitu Masywu Industrialno-Urbanistycznego, jego siły zbrojne dysponowały tak zwanymi Wozami Bojowymi. Teraz okazuje się, jaki był ich koniec. Skonstruowane do zupełnie innej „ludzkiej” wojny może i miały jakiś udział we wstępnej fazie Inwazji, ale wobec dynamiki tego, co dotknęło Ziemię - czyli ataku na wnętrze Masywu, były praktycznie bezużyteczne. Dość szybko zostały zmiecione z dachu świata. Ale przecież - zawsze zostają jakieś niedobitki.

     I teraz - co jest siłą współczesnych nam wozów pancernych i czołgów? Mobilność formacji. Załoga takiej jednostki pozostawiona za linią frontu, na terenie przeciwnika, ma prosty wybór - poddać się, jeśli jest rozsądna albo pomodlić się i umrzeć w przypływie staroświeckiego honoru, w miarę możności drogo sprzedając życie. Żeby odwlec tę chwilę, zanim nadleci jakiś dron, warto się okopać.

     To samo zrobiły ostatnie Wozy Bojowe. Zaryły się głęboko we wnętrzu Masywu Indystrialno-Urbanistycznego. Kilkusetosobowa załoga - w tym obsługa i sporo formacji desantowych, ogromny technologiczny arsenał, autonomiczny System Informatyczny, zasilanie energetyczne wystarczające na tysiąclecie, a do tego na pewno rzesze uchodźców z przyległych okolic Masywu - to kapitał, który w dobrym okopie można jakoś zagospodarować. Tak właśnie powstały Enklawy.

     Z biegiem czasu wokół pancernych serc nawarstwiła się zupełnie inna infrastruktura. W końcu warowne Miasta-Pańtwa dokładnie przykryły swój fundament. A Wozy Bojowe, jak znikły z Dachu Świata, tak samo rozmyły się we wnętrzu Industrialno-Urbanistycznego Masywu. Kiedy jednak dobrze przeszuka się zapomniane piwnice, można trafić na stanowisko ostatniego Sternika.

     Zostało z niego trochę próchna. Ale gdyby ktoś zajął jego miejsce…

     Nad Enklawą Tharsys właśnie zatrzaskuje się wieko trumny. W oddziale Jonasa jest postać bardzo ważna dla całej historii, określana mianem Biołącza, której status tu pomijamy, bo to zagmatwane. W każdym bądź razie ten ktoś z powodzeniem może zająć miejsce Sternika.

     Tylko czy gigantyczny Wóz Bojowy może jeszcze… Może. Zrzuci z siebie zgliszcza całego Tharsys i znowu wygrzebie się na Dach Świata.

 

     Rozporządzając takim środkiem lokomocji Jonas Hebrejczk podejmuje wyprawę w stronę Uroczni Megalitu. Ciągnie go tam jakiś wewnętrzny nakaz, którego sam nie rozumie. Po drodze zawiązuje się współpraca z Nomadami. Bez nich w tym świecie Wóz Bojowy byłby praktycznie bezradny. O tym załoga przekonuje się dość szybko. 

     Najważniejszym etapem tej odysei jest Enklawa Tabor. To bardzo ważna historia, której opisu tutaj się nie podejmiemy. Wizja jest naprawdę zbyt karkołomna, żeby ją paroma słowami streścić. Przemierzając Dach Świata wędrowcy natrafiają również na wyloty gigantycznych sztolni, które przez Industrialno-Urbanistyczny Masyw przenikają do wnętrza Ziemi. Wszystkie puste. Trzeba mieć szczęście, żeby natknąć się na jeden, którego wylot nakrywa gigantyczna tarcza. Wewnątrz spoczywa właściwie nietknięty wahadłowiec, z tych jakie kiedyś zapewniały łączność między koloniami i bazami w Układzie Słonecznym. Gdyby go uruchomić, przynajmniej Księżyc byłby w zasięgu ręki.

     Ale do świadomości Megaloxathy wciąż dociera rozpaczliwe wezwanie z Uroczni Megalitu.

Podobnie jak w Mechaneurystycznej Klinice Księżyca, również społeczeństwo Uroczni Megalitu, jest pewną projekcją - nie tylko naszych - wyobrażeń o alternatywnych drogach rozwoju gatunku Homo Sapiens. Tej akurat będzie towarzyszył prawdziwie barokowy przepych, ale tu - pomijamy.

     Koniec końców Jonas Hebrejczyk dociera do struktury przyporinajęcej megalityczne Stonehenge (to zgrany motyw, więc tylko tak piszemy - w rzeczywistości wyglada absolutnie inaczej, chociaż - ma się skojarzyć). Jak przykute do kamiennego ołtarza leżą tam szczątki innego Megaloxanthy. Nie miał tyle szczęścia, co Jonas. Z pancerza zostało trochę skorup i o kamienną płytę zwyczajna ziemska grawitacja roztrzaskała tę eteryczną formę Megaloxanthy, w jaką rozwinąć może się wyłącznie w kosmicznej przestrzeni.

     W tych szczątkach tli się nie tylko świadomość. Jonas Hebrejczyk staje twarzą w twarz przed umysłem zjednoczonym z tajemnicą Uroczni Megalitu.

     Tajemnica - w pewnym sensie - przestanie być tajemnicą, ale tutaj interesuje nas wyłącznie jasne żądanie z tamtej strony – Zanieś Selenie!

     – Co?

     Tu trzeba wrócić do mechanizmów stymulujących rozwój Kliniki Mechaneurystycznej. O ile człowiek dziedziczy cechy gatunkowe, z kosmetycznymi, zwykle letalnymi uzupełnieniami, o tyle Megaloxanha potomkom przekazuje również doświadczenie całego swojego życia. Jak to możliwe, jeśli następne pokolenia rodzi Klinika-Matka?

     Megaloxanci mają swój czas na zebranie doświadczenia, aż do pełnej dojrzałości. Gdy ten czas minie muszą zebrany kapitał zwrócić do banku. Powiedzenie, że Megaloxantha to nie tylko dziecko, ale również kochanek Seleny, ma sens. Ktoś musi Klinikę-Matkę zapłodnić nowym doświadczeniem. Na Ziemi to my niejako doładowujemy Sferę Ducha, na Księżycu rolę takiej bazy danych spełnia System Informatyczny Kliniki Mechaneurystycznej.

     Tak się składa, że to żądanie: Zanieś Selenie!, dość niefortunnie pada w jedynej chyba chwili, kiedy Endito spuszcza z oczu Megaloxanhę. Akurat tylko ona może zapewnić powodzenie ważnej misji Nomadów.

     Tymczasem Jonas Hebrejczyk trochę jak osłupiały stoi nad resztkami tamtego Megaloxanthy. Zaczyna rozumieć, że również jego czas minął. Przez chwilę dał się porwać szaleństwu życia, ale ten amok to domena ziemskiej biosfery, a on - przecież jest synem Seleny.

 

     A Endito? W tym wyrywkowym streszczeniu pomijaliśmy fakt, że najważniejszą nicią przewijającą się w tej historii jest zazębianie się tego związku. Jest to złożony, wielowątkowy proces integracji dwóch przeciwstawnych osobowości (o fizycznej odrębności nie wspominając). Jonas to trochę filozof z głową w obłokach. Endtito jest krnąbrna, samodzielna, czasem wyrachowana, zawsze pragmatyczna, a nad wszystko - trochę dzika. Dla niej życie, wojna, nawet uczucia, to wciąż zabawa kilkunastoletniej dziewczynki. Kiedy wreszcie pojawia się w centrum Uroczni Megalitu, towarzysze Jonasa bezradnie rozkładają ręce – Wrócił tam.

     Akurat księżyc jest w pięknej pełni (oczywiście pomijamy - jak to było możliwe, ale będzie efektowne i racjonalne - w ramach SF)

     – Powiedział: Endito jest mądra, zrozumie.

     O ile Endito w ogóle posługuje się rozumem, to może zrozumie. Ale z całą pewnością nie zaakceptuje. Jeśli ktoś ma kłopot z wyobrażeniem sobie prawdziwej Furii, będzie mógł się z nią zaprzyjaźnić na kolejnych planszach.

 

     Teraz w skrótach nieco infantylnie, ale inaczej nie da się tego przeskoczyć.

     A więc - System Informatyczny Wozu Bojowego nawiązuje kontakt z Kliniką Mechaneurystyczną.

     Żądanie Endito jest poza wszelką dyskusją, Klinika-Matka ma zwrócić Jonasa.

     – To twój syn, ale mój mężczyzna.

     Klinika odmawia, dowodząc, że to niemożliwe. Furia trwa. Z Nomadami i niedobitkami Endogenicznej Endito zawraca do miejsca, o którym wspomnieliśmy, gdzie w swoim silosie bezużytecznie tkwi, na oko w niezłym stanie, stary wahadłowiec. Przygotowania są trochę dziwne, ale Furia w wykonaniu Endito to jeszcze nie A’Pusz (tam jest utrata świadomości). Endito wie, czego chce i jak to zrealizować.

     Zbiorniki wahadłowca są oczywiście puste. Ale niektóre zjawiska towarzyszące Inwazji we wnętrzu Industrialno-Urbanistycznego Masywu wyzwalają taką energię, że - gdyby ją od dołu skierowywać w silos pod wahadłowcem… Głupie pomysły bywają skuteczne.

     W przestrzeni wahadłowiec odzyskuje manewrowość. Biołącze w roli pilota sprawuje się nie gorzej niż jako Sternik Wozu Bojowego. W jedynej pętli nad Księżycem następuje kilkanaście zrzutów. Nomadzi biorą to na siebie. Dla nich na pokrytej kraterami powierzchni jedyna niedogodność to oddychanie w konserwie skafandra, ale poza tym - jak w domu.

     Do wnętrza Kliniki Mechaneurystycznej wkracza tylko Endito.

Jest tam taka instalacja potocznie nazywana Katedrą Księżyca. Przypomina Notre Dame, gdyby ją odciąć od fundamentu, a potem obrócić i wnętrze wpasować w specyficzny, ostro w głąb zwężający się krater. Ziemskie katedry, podobnie minarety, zwracają ku niebu strzeliste wieże. Katedra Księżyca jak kielich otwiera się w kosmiczną przestrzeń. To sanktuarium Seleny.

     Rozmowa z Systemem Informatycznym Kliniki (jak wspomnieliśmy - przejawiającym nieco żeńską osobowość) będzie krótka, chociaż ze znaczącym, humanistycznym wydźwiękiem. Selena odmówi po raz drugi. Ma powody.

     – Trudno – Endito wzruszy ramionami. – Przetestujmy więc twoją miłość do dzieci. Ja tu się nie liczę. I moi ludzie nie będą na mnie czekać. Ich czas - tik - tik - ma bardzo ograniczoną cierpliwość.

     – To znaczy?

     – Mam takie poczucie estetyczne, że Ziemi będzie do twarzy z pierścieniem, jaki się utworzy z odłamków, jak przedtem z Księżycem.

     Bardzo brzydki szantaż. Jako autorzy nie mamy pojęcia co tej Endito odbiło. Na szczęście Selena ustępuje, chociaż - jak się szybko okazuje - miała rzeczywiście bardzo ograniczone pole manewru.

     – Co to ma znaczyć?!

     – Zwrócić mogę ci tylko to, co jeszcze należy do mnie.

     Tu przepiękna plansza stanowiąca alegoryczne odwzorowanie Piety Michała Anioła. Tylko skamieniała będzie Endito i martwe ciało Jonasa z głową na jej kolanach.

No cóż, Klinika-Matka, jak każda kobieta, daje dziecku tylko jedno życie. Może by potrafiła więcej, ale nie jest w stanie poruszyć serce, które należy już do innej kobiety.

     Zadanie jest karkołomne, ale - czego to nie potrafią zakochane kobiety? Iskra życia budzi się w martwym ciele Magaloxanthy. Niestety, nie ma tak dobrze, żeby wszystko było dobrze. To ciało żyje, ale z niewiadomych powodów Jonas nie odzyskuje przytomności.

     Endito jest niezmordowana. Szansa na rozwiązanie problemu pojawia się z nieoczekiwanej strony. Biołącze, które jest człowiekiem sprzężonym z Informatycznym Systemem, widzi rzecz tak; matka zwróciła ciało, kochanka poruszyła serce, a świadomość? Może Sfera Ducha?

     Trzeba wrócić na ziemię. Maconde – Pochowajmy go, jak przystało na dzielnego wojownika. Endito – Świetnie. Ale razem ze mną.

 

     Jest takie miejsce, gdzie przynajmniej paru świadków może zaręczyć, że po raz ostatni widzieli tam Jonasa w pełni świadomości. Oczywiście - Urocznia Megalitu. Czyżby zdarzyło się tam coś, czego nikt nie zauważył, ale czego konsekwencje ciążą nad aktualną sytuacją? Zdarzyło się.

     Jonas Hebrejczyk odzyskuje świadomość. Endito, jak na nią przystało, jest dziko szczęśliwa. Ma swojego faceta. Ona go kocha i on ją. Teraz razem - całe życie. Uff! W szczytowym momencie tego szczęścia Endito od swojego faceta usłyszy mniej więcej taki tekst:

     – Tak się zastanawiam… wszystkie procesy mają swoje źródło. Więc co napędza ewolucję? Rozumiem, że to wypadkowa wielu drobnych mechanizmów przyrody… Ale dlaczego dąży do tworzenia systemów coraz bardziej złożonych? Jest takie prawo, któremu podporządkowuje się cały wszechświat - prawo entropii. Ale życie zadaje kłam temu prawu…

     – To rozumiem. A teraz wytłumacz, co chcesz mi przez to powiedzieć.

     – Mój brat, który wiele przemyślał w Uroczni Megalitu…

     – Nie zwalaj na brata. Mów o nas.

     – Może na jakiś czas… Będę cię musiał opuścić…

Wpominaliśmy, że Endito potrafi być dzika? No cóż, kiedy zawodzą gniew i łzy trzeba wrócić do cywilizacji:

     – Wiesz z czym masz problem? Zawsze miałeś matkę. Wiem, to najważniejsza osoba na świecie. Ale nigdy, tak naprawdę, nie miałeś ojca. Zejdź mi z oczu… Idź, szukaj. Może znajdziesz coś, co ci go zastąpi… i zwróci rozum.

     To takie jeszcze mało komiksowe przybliżenie prawie ostatniego „dymka”. Prawie ostatniego, bo będzie epizod końcowy, kiedy Endito przed pustym szałasem na bezkresnej równinie dachu świata przyłoży dłoń do swego ciała i patrząc w gwiazdy powie coś w tym rodzaju;

     – Słyszysz mnie? Wiem, że mnie słyszysz… a kiedyś zobaczysz jeszcze gwiazdy. Są piękne i chyba je lubię… Chociaż mi go zabrały... Będziemy je oglądali razem, a ja będę ci opowiadała o twoim ojcu. To wielki wojownik…

     – Wiesz, kim jest prawdziwy wojownik? To ktoś, kogo nic nie zawróci z obranej drogi… A kiedy podrośniesz czeka cię długa droga, jeżeli pójdziesz jego śladem… i spróbujesz go odnaleźć.

 

     Na koniec; Mamy bohaterów, ale komiks potrzebuje również jasno określonego, możliwie spersonalizowanego przeciwnika. Bardzo się staraliśmy dotąd go nie ujawniać. Ale on jest. I to potężny.

     Rację ma Megaloxantha twierdząc, że to Ewolucja. Ale to jedna strona medalu i trochę abstrakcja. Rację więc mają również obrońcy Tharsys.

     Z kosmogonicznych teorii inflacyjnych wynika, że nasz wszechświat czeka marny los - totalny rozkład i wyziębienie. Życie kończy się, kiedy gasną gwiazdy. A Sfera Ducha? Z powodzeniem przetrwa termiczną śmierć wszechświata.

     W nasz komiks, poprzez ziemską Sferę Ducha, wdziera się straszliwy przeciwnik z dalekiej przyszłości, z zimnego i martwego wszechświata. I tak naprawdę wojna jest jedna - między życiem a śmiercią. A ludzie? Boli! - więc ktoś uderza w nas!

     Nic podobnego. My tylko, na skrawku ziemi niczyjej, dostaliśmy się między dwie wrogie armie.

 

     Pięknie to okaleczone, pozbawione klimatu przybliżenie. Zresztą wiele rzeczy będziemy modyfikować na bieżąco, żeby sobie dzisiaj nie psuć radości tworzenia. Ale tak to ma wyglądać - ewolucja, miłość, wojna - w tle coś z gwiazd. Z tą wojną jest większy problem. Dla nas ten komiks to dopiero wojna. Mamy zamiar ją wygrać. Nie jesteśmy „A’Push”. Wielka wojna potrzebuje sojusznika.

 

Z poważaniem

WIKTOR ŻWIKIEWICZ & PANBOGACZYK

 

 

     WIKTOR ŻWIKIEWICZ – Z wykształcenia byłem geodetą. Wydałem kilkanaście powieści i zbiorów opowiadań SF, w tym DELIRIUM W THARSYS. Kawał życia przeszalałem jako aktor i reżyser teatru alternatywnego, resztę zmarnowałem jako programista komputerowy. Największy mój dorobek to trójka dzieci zdecydowanie genialniejszych od ojca.

 

     PANBOGACZYK – A ja rysuję.